Waszyngton patrzy na Kijów (i na Moskwę)

Na radarze amerykańskiej polityki zagranicznej Ukraina i cały region pojawiają się jako niewielkie punkty, świecące słabym światłem. Priorytety USA są dziś w innych częściach świata i ukraińskie powstanie nie mogło tego zmienić.

Korespondencja z Waszyngtonu

Od początku kryzysu nad Dnieprem zaangażowanie dyplomatyczne Waszyngtonu było jednak widoczne: i to nie gorzej niż zaangażowanie Unii. Oczywistym celem w pierwszej fazie kryzysu pozostawało niedopuszczenie do użycia siły wobec Majdanu. Według niektórych dobrze poinformowanych mediów, pacyfikację protestujących w Kijowie 10 grudnia 2013 r. – gdy Berkut i wojska wewnętrzne już niemal wchodziły na plac – zatrzymał telefon wiceprezydenta Joe Bidena do Wiktora Janukowycza. W tym samym czasie ukraińską stolicę odwiedziła Victoria Nuland, odpowiedzialna w Departamencie Stanu USA za ten region świata. Ku niezadowoleniu władz ukraińskich przyszła też na Majdan, rozdając chleb. Lepszy symbol amerykańskiego poparcia dla opozycji chyba trudno byłoby wymyślić.

W grudniu na Majdan przyjechał też senator John McCain, który porwał tłumy swym przemówieniem, ale jednocześnie stworzył mylne wrażenie, że dla administracji Baracka Obamy kryzys ukraiński stanowił wówczas istotny problem. Tymczasem do Stanów zdawało się kompletnie nie docierać, że wydarzenia nad Dnieprem mogą mieć daleko idące skutki geopolityczne.

W swoim długim niezrozumieniu powagi sytuacji na Ukrainie Waszyngton nie ustępował zresztą Brukseli. Ale co ważne, Amerykanie od początku jasno dawali znać, że Unia powinna się bardziej zaangażować, bo to problem głównie europejski. Najlepszym komentarzem do niezadowolenia Waszyngtonu początkową biernością Unii był – opublikowany na początku lutego – przeciek rozmowy Nuland z ambasadorem USA w Kijowie, w której Nuland rzuciła „Pieprzyć Unię!”.

Niedopuszczenie do użycia siły – i tym samym do eskalacji konfliktu – pozostało celem polityki USA wobec Ukrainy. Stany nie chciały bowiem mieć na Ukrainie jeszcze większego bałaganu. Jak wiadomo, ten prawdziwy „bałagan” zaczął się w drugiej połowie stycznia, gdy zginęli pierwsi protestujący. Waszyngton jako pierwszy zareagował wówczas ograniczonymi sankcjami wizowymi, sugerując też, że w razie potrzeby na tym się nie skończy.

Prawdziwym wyzwaniem dla Białego Domu kryzys na Ukrainie stał się dopiero kilka dni temu, gdy w Kijowie zginęło kilkadziesiąt osób. Do umysłów decydentów polityki amerykańskiej, zapatrzonych dotąd na Syrię, Iran, Afganistan, Egipt, Chiny, Wenezuelę itd., zaczęło docierać, że wydarzenia na Majdanie są ważne i mogą mieć też daleko idące skutki dla stosunków amerykańsko-rosyjskich.

Waszyngton został zmuszony do bardziej stanowczej reakcji dyplomatycznej również dlatego, że starcia w centrum Kijowa spowodowały najazd na ukraińską stolicę amerykańskich ekip telewizyjnych. Przebywający w Meksyku prezydent Obama wygłosił mocne oświadczenie, w którym skrytykował nie tylko władze Ukrainy, ale też prezydenta Putina: oskarżył go o wspieranie Janukowycza i doprowadzenie do eskalacji konfliktu. Słowa Obamy trzeba postrzegać też w kontekście rosnącej frustracji Waszyngtonu negatywną rolą Rosji w kryzysie syryjskim – i przekonania, że forsowana kiedyś przez Obamę polityka „resetu” z Moskwą poniosła całkowite fiasko. W kolejnych dniach Obama dzwonił w sprawie Ukrainy do kanclerz Merkel i Putina.

Przejęcie w minioną sobotę przez opozycję kontroli nad parlamentem i impeachment Janukowycza Waszyngton przyjął z zadowoleniem i ulgą. Udało się uniknąć jeszcze jednego problemu międzynarodowego, w dodatku wpływającego na – i tak niełatwe – stosunki z Rosją.

Uspokojenie sytuacji w Kijowie sprawia jednak, że Ukraina wraca na swoje wcześniejsze, mało istotne miejsce w polityce amerykańskiej…