Druga Białoruś czy nowa Polska?
(foto. Grzegorz Jakubowski/PAP)
Zdaniem amerykańskiego politologa Bruce’a Jacksona, szefa think tanku Project on Transitional Democracies, wzorem dla Janukowycza pozostaje Bronisław Komorowski. Zwycięstwa wyborcze ich obu oznaczały koniec dwóch prób przebudowy istniejących w tych krajach systemów. W obu państwach proklamowano nowy etap przyjaźni w stosunkach z Rosją, a za deklaracjami poszły konkretne ustępstwa wobec Moskwy.
Ledwo w Kijowie zakończył się finał Euro 2012, a już zaczęła się kampania przed najbliższymi wyborami, które odbędą się na Ukrainie w październiku. Wszystkie sondaże wskazują, że jedyną osobą, która jest w stanie zjednoczyć podzieloną opozycję i nawiązać rywalizację z obozem władzy Wiktora Janukowycza, pozostaje osadzona w kolonii karnej Julia Tymoszenko.
Ukraina w objęciach Rosji
Ukraińska opozycja miała nadzieję, że Euro 2012 będzie dobrą okazją do wywarcia przez liderów Unii Europejskiej presji na rząd w Kijowie, żeby była premier odzyskała wolność i została dopuszczona do wyborów. Większość przywódców UE zbojkotowała co prawda finał Euro i nie przybyła do Kijowa, ale na tym skończył się ich nacisk. Mało tego, Zgromadzenie Parlamentarne Rady Europy uznało niedawno, że niedopuszczenie Tymoszenko i jej aresztowanych współpracowników do udziału w elekcji nie może służyć jako kryterium oceny stopnia demokratyczności i prawomocności wyborów.
Politycy zachodni uzasadniali swoją miękkość wobec Kijowa tym, że zbyt wielka presja na Janukowycza zniechęci go do integracji z Europą i pchnie w objęcia Putina. Ostatnie wydarzenia pokazują jednak, że osiągnięto efekt odwrotny: prezydent Ukrainy niezdecydowaną reakcję UE odebrał jako przyzwolenie dla swoich dotychczasowych działań. W rezultacie Tymoszenko usłyszała następne zarzuty karne, za które grożą jej kolejne lata więzienia. Wszystko wskazuje na to, że Janukowycz traktuje sprawę byłej premier podobnie jak Putin sprawę Chodorkowskiego – jako symbol realnych granic władzy wobec opozycji.
Zaledwie dwa dni po zakończeniu Euro ukraiński parlament uchwalił też ustawę językową, która nadaje preferencje językowi rosyjskiemu w 13 z 27 regionów kraju. To kolejny krok wpychający Ukrainę w objęcia Moskwy. Jak podkreślają zgodnie politycy w Estonii i na Łotwie, Rosjanie od lat próbują tego samego dokonać w ich krajach, ale na razie bezskutecznie. Elity w Rydze i Tallinie zdają sobie bowiem sprawę, że byłby to wstęp do rusyfikacji ich państw.
Komorowski – wzór Janukowycza
Niemal wszyscy komentatorzy są zgodni, że w jesiennych wyborach zwycięży partia władzy, która podporządkowała sobie administrację państwową, służby specjalne i większość mediów. Bez Tymoszenko rozbita opozycja nie ma szans na osiągnięcie dobrego wyniku wyborczego. Sondaże pokazują, że bez charyzmatycznego lidera siły niepodległościowe mogą liczyć na 26 proc. głosów.
W tej sytuacji swoją szansę wyczuł były prezydent Wiktor Juszczenko, który w ostatni wtorek, po dwóch latach, przerwał milczenie i ogłosił swój powrót do polityki. Stwierdził, że czuje się, jakby był mieszkańcem surrealistycznej krainy, gdyż codzienne obserwacje i wszystkie wskaźniki ekonomiczne przekonują go, że Ukraina pogrąża się w kryzysie, podczas gdy większość mediów od rana do wieczora trąbi o sukcesach i wzroście gospodarczym. Według Juszczenki na Ukrainie realizowany jest obecnie projekt pod nazwą „Białoruś-2”, który ma odepchnąć Kijów od europejskich struktur i upodobnić go do Mińska.
Odmiennego zdania jest amerykański politolog Bruce Jackson, szef think tanku Project on Transitional Democracies. Jego zdaniem Janukowycz buduje nową Ukrainę nie na wzór nowej Białorusi, ale na wzór nowej Polski. Według Jacksona wzorem dla Janukowycza pozostaje Bronisław Komorowski. Obaj dokonali bowiem reorientacji w polityce swoich krajów. Ich zwycięstwa wyborcze oznaczały koniec dwóch prób przebudowy istniejących w tych krajach systemów: w Polsce był to koniec projektu IV RP, na Ukrainie faktyczny krach idei pomarańczowej rewolucji.
W obu państwach proklamowano nowy etap przyjaźni w stosunkach z Rosją. Przedstawiano przy tym braci Kaczyńskich oraz Juszczenkę jako awanturników dążących do wywołania konfliktu z Rosją. W odróżnieniu od nich Tusk z Komorowskim oraz Janukowycz z Azarowem zapewnić mieli pokój i stabilność w relacjach z Kremlem. W obu wypadkach za deklaracjami poszły konkretne ustępstwa wobec Moskwy.
W tej samej strefie wpływów
Rząd Tuska podpisał niekorzystną dla Polski umowę gazową zwiększającą energetyczne uzależnienie od Rosji, pogodził się z zablokowaniem portu w Świnoujściu przez rosyjsko-niemiecki gazociąg Nord Stream oraz oddał śledztwo w sprawie katastrofy smoleńskiej w ręce Rosjan. Janukowycz z kolei podpisał umowę przedłużającą termin stacjonowania wojsk rosyjskich na terenie Ukrainy do 2042 r. (zamiast 2017 r.), zmienił kodeks karny tak, że werbowanie obywateli ukraińskich przez rosyjskie służby specjalne przestało być uważane za przestępstwo i zagrożone karą, a teraz nadał językowi rosyjskiemu uprzywilejowany status w państwie. W obu wypadkach doszło więc do częściowego zrzeczenia się atrybutów państwowej suwerenności na rzecz potężniejszego sąsiada ze wschodu.
W tej sytuacji ukraińska opozycja rozczarowana jest postawą elit rządzących w Warszawie. Od 1989 r. aksjomatem polskiej polityki zagranicznej była bowiem realizacja projektu Jerzego Giedroycia, który uważał, że należy wzmacniać tendencje niepodległościowe na Ukrainie, Białorusi i Litwie oraz wyciągać te kraje z rosyjskiej strefy wpływów. Nawet politycy SLD głosili, że są spadkobiercami „testamentu Giedroycia”, Aleksander Kwaśniewski zaś zaangażował się czynnie w pomarańczową rewolucję na Ukrainie.
Radykalną zmianę przyniosły dopiero rządy PO i ogłoszona przez ministra Sikorskiego rezygnacja z „polityki jagiellońskiej”. W ten sposób Ukraina de facto utraciła na forum europejskim swojego adwokata, którym do tej pory była dla niej Polska. To wzmacnia poczucie osamotnienia i defetyzm wśród ukraińskiej opozycji. Tak jakby z Warszawy płynął sygnał, że dla obecnego układu nie ma alternatywy.
Pisarz Jurij Andruchowycz zauważył niedawno, że Ukraińcy w porównaniu z innymi narodami europejskimi mają bardzo niski stopień samooceny i nie wierzą we własne siły. Niski jest też poziom wzajemnego zaufania, co stanowi podstawę kapitału społecznego. W takiej sytuacji własna podmiotowość w polityce nie jest postrzegana jako wartość, o którą należy walczyć. I to kolejny charakterystyczny dla krajów postkolonialnych, kto wie, czy nie najważniejszy, element, który upodabnia do siebie Polskę i Ukrainę.

Wesprzyj Gazetę Polską. Sięgnij SMS-em po newsletter. Bądź na bieżąco! Wyślij do nas SMS o treści GPA na numer 7955 (11,07PLN brutto), a otrzymasz zwrotnie newsletter z prawdziwymi, aktualnymi i najciekawszymi informacjami z kraju i ze świata. Organizatorem akcji jest “Gazeta Polska”. więcej
Autor:
Grzegorz Górny,
| Źródło:
Gazeta Polska Codziennie,
- Dodaj swoją opinię (1)
<!–
–>